Wojna Putina z Ukrainą obnaża głupotę ESG

Rosja jest nagle zbyt toksyczna, by jej dotykać. Nagle stało się oczywiste, że demokracje potrzebują broni jądrowej, aby móc przeciwstawić się tyranom. Węgiel nagle wraca do menu Niemiec, które są tak ślepe na swoją zależność od gazu Władimira Putina, że zamierzają podwoić przepustowość swojego gazociągu Nord Stream.


Inwazja Putina na Ukrainę zmieniła rzeczywistość w Europie i zdmuchnęła przytulne założenia, na których funkcjonowała ona od upadku muru berlińskiego. W tym nowym, ponurym świetle branża inwestycyjna musi odpowiedzieć na kilka trudnych pytań. Mówi się, że pierwszą ofiarą wojny jest prawda; w finansach była nią wiarygodność ruchu ESG.


Od pewnego czasu monomaniakalna koncentracja niektórych inwestorów na zgodności z kryteriami środowiskowymi, społecznymi i zarządzania przynosi skutki odwrotne do zamierzonych. W niektórych przypadkach zaczęło to nawet podważać zasady demokracji, gdyż decyzje, które powinny być podejmowane przez rządy, są zamiast tego podejmowane przez zarządzających funduszami w oparciu o zewnętrzną presję ze strony działaczy. Nieco zawoalowane groźby Putina dotyczące wojny nuklearnej z NATO obnażają niebezpieczne szaleństwo tego, co stało się pełnoprawną gałęzią przemysłu.


Najwyraźniejsze przykłady tego niemiłego przebudzenia można znaleźć w sektorze obronnym i energetycznym.


W ostatnich latach spółki zbrojeniowe notowały stopy procentowe zbliżone do tytoniowych, ponieważ coraz więcej banków i inwestorów od nich stroniło. Jak na ironię, na czele tej szarży stanęły instytucje w Niemczech i krajach nordyckich, które obecnie odczuwają na własnej skórze ambicje Putina. W zeszłym roku państwowy Bayerische Landesbank zaprzestał współpracy z firmami, które ponad 20% swoich przychodów czerpią z amunicji, wykluczając pożyczki dla narodowych liderów, takich jak Airbus Defence and Space. Podobne działania podejmują banki szwedzkie.


Co gorsza, niektórzy inwestorzy zaczęli odrzucać firmy związane z bronią jądrową, argumentując, że są one paskudne i nie powinny być finansowane. Na przykład w listopadzie ubiegłego roku norweski fundusz emerytalny KLP sprzedał akcje 14 grup, w tym Babcock i Rolls-Royce, o wartości 147 mln USD, ponieważ ich działalność dotyczyła "kontrowersyjnej" broni.

Trudno jest wyrazić słowami to tchórzostwo i idiotyzm. KLP i jego klienci są przypuszczalnie szczęśliwsi w świecie, w którym Rosja i Korea Północna muszą się dwa razy zastanowić, zanim rozpoczną wojnę nuklearną. Klienci tych 14 firm to suwerenne państwa, których wyborcy zagłosowali za utrzymaniem broni jądrowej. A jednak KLP, przez wzgląd na komunikat prasowy, odebrał im niewielką część kapitału.


Samo w sobie byłoby to bez znaczenia, ale pomnożone wielokrotnie podnosi koszty działalności firm obronnych. I to wielokrotnie. Robert Stallard, analityk z firmy doradczej Vertical Research Partners, powiedział dziennikowi Financial Times, że sektor ten został "wpisany na czarną listę przez wielu europejskich inwestorów - i nawet gdyby firmy zbrojeniowe zasadziły Amazonkę na nowo, to i tak znalazłyby się na czarnej liście".


Decyzja Niemiec, aby rozwiązać problem wieloletnich, anemicznych wydatków na obronność za pomocą funduszu o wartości 100 mld euro, odwraca tę narrację. Stało się boleśnie jasne, że w niestabilnych czasach twarda siła nie jest tylko czymś co "miło mieć w posiadaniu". Umacnianie się państw przed tyranią jest całkowicie etyczne.


Sytuacja jest bardziej zaawansowana w energetyce, gdzie instytucje finansowe - co bardziej zrozumiałe - starają się nakłonić firmy do wycofania się z paliw kopalnych. Typowa jest obietnica Deutsche Banku, że do 2025 roku zaprzestanie udzielania kredytów dla przemysłu węglowego.


Czy rozważy to ponownie teraz, gdy Berlin, spanikowany faktem, że 60 procent jego gazu pochodzi z Rosji, myśli o przedłużeniu żywotności swoich elektrowni węglowych i jądrowych? Do 2035 roku Niemcy chcieli produkować całą energię elektryczną ze źródeł odnawialnych, takich jak energia słoneczna i wiatrowa. W międzyczasie, ze względu na utratę niezawodnej produkcji energii elektrycznej ze starszych źródeł, Niemcy są niebezpiecznie narażone na uzależnienie od gazu. W ramach kompromisu między bezpieczeństwem a zaletami rząd Angeli Merkel wybrał to drugie, co miało fatalne konsekwencje. Gdy jej następca Olaf Scholz zaciąga hamulec ręczny z piskiem, inwestorzy ESG, którzy wskoczyli do wagonu, przeżywają szok.


Zaznaczając z zapałem rubryki dotyczące klimatu i zarządzania, zarządzający funduszami jakoś przeoczyli inwazję Putina na Gruzję w 2008 roku i aneksję Krymu w 2014 roku. Rosja była uważana za dobrą przez posiadaczy portfeli, aż do zeszłego tygodnia, kiedy to z dnia na dzień stała się nie w porządku. I nawet gdy ich spółki inwestycyjne masowo wycofują się z inwestycji, ponosząc ogromne koszty, wielu z tych samych zarządców funduszy inwestuje w Chiny, które dokonują holokaustu na muzułmanach i mogą pójść w ślady Putina, najeżdżając w tym roku Tajwan. Czy to ma sens?


Niezdolność ruchu ESG do radzenia sobie z realnym światem łączy kilka rzeczy. Najbardziej uderzająca jest jego niekonsekwencja. Instytucje inwestycyjne, starając się udowodnić, że są bardziej święte od siebie nawzajem, zasypują firmy sprzecznymi wymaganiami. Często reagują na nagłówki gazet, czyli kierują się głosami aktywistów. I tak jak KLP z bronią jądrową, nie zastanawiają się nad konsekwencjami.


Kolejną, najbardziej uderzającą kwestią jest binarny charakter debaty. Rakiety są złe, pokój jest dobry. Węgiel jest zły, wiatr jest dobry. To jak obraz świata narysowany kredką przez czterolatka. Niestety, jak pokazały wydarzenia ostatnich dwóch tygodni, świat może być mroczny, a czasami jedynym światłem jest realpolitik.


Trzecią kwestią jest sposób, w jaki rozrośnięta branża doradców, ekspertów, lobbystów i firm PR skupiła się wokół ESG, czyniąc z niej samonapędzające się zjawisko. Stało się to nieskończoną pętlą sprzężenia zwrotnego, bezkształtnym wężem zjadającym własny ogon.


Nadszedł czas, aby zdemontować ten nieelastyczny dogmat i zastąpić go czymś bardziej zwinnym i zniuansowanym. Chciałbym zaproponować zamianę ESG na coś, co nazywa się CDP - common sense, decency and pragmatism (zdrowy rozsądek, przyzwoitość i pragmatyzm). A co najlepsze? Nie będzie tu wysoko opłacanych doradców ani księży wygłaszających kazania z ambony gigantów zarządzających funduszami. Będą tylko inwestorzy, którzy w sposób przemyślany współpracują z zarządami.


autor:

Oliver Shah

źródło:

The Sunday Times

Udostępnij ten artykuł

Nawigacja po wpisach

Leave a Reply

Skomentuj jako pierwszy(a)

Szczepionki COVID robią dokładnie to, do czego zostały stworzone

Zawsze pojawiają się stwierdzenia, że tzw. szczepienia zawiodą lub nic nie dadzą. Z mojego punk...

10 istotnych punktów ze szkicu "Traktatu Pandemicznego" WHO

Dziesięć rzeczy, które każdy powinien wiedzieć o proponowanym "Traktacie Pandemicznym" obecnie ...

Postępowanie wobec Włoskiej Agencji ds Leków

Miesiące temu prawnik zażądał od Aify dokumentów dotyczących bezpieczeństwa "preparatów" przeci...

Luka fiskalna - zmierzch "wieków postępu społecznego".

Wielu pracowników w rozwiniętych gospodarkach zbliża się do wieku emerytalnego, zwłaszcza w Jap...

Koniec hegemonii dolara - część 4

Co się stanie, jeśli ten system kredytu elektronicznego się załamie? Wtedy rzeczywiście mamy do...

Profesor Richard A. Werner o przyczynach kryzysu

Jaki jest związek z naszą obecną trudną sytuacją? Dlaczego doświadczamy inflacji? Czy można był...

Koniec hegemonii dolara - część 3

Aby dodać geopolitykę do finansów międzynarodowych, zróbmy kolejny przykład - krach giełdowy i ...

Zaprojektowany kryzys żywności i ubóstwa, by zabezpieczyć ciągłą dominację USA.

Widzimy obfitość żywności, ale ceny gwałtownie rosną. Problemem nie jest niedobór żywności, ale...

Najnowsze posty

Tags

Podążaj za nami